Paweł Nastula – PRIDE FC

Paweł Nastula – PRIDE FC

Dziesięć lat minęło od debiutu Pawła Nastuli w PRIDE FC i jego historycznego boju z Rodrigo Nogueirą – ówczesnym numerem dwa wagi ciężkiej. Mimo iż krok polskiego judoki oceniany jest dziś przez większość komentatorów pozytywnie, to dekadę temu Nastula odsądzany był od czci i wiary za to, że postanowił zamienić szlachetną „dżudogę” na budzące odrazę rękawice z obciętymi palcami. To wstyd, w jaki sposób on zarabia pieniądze! – krzyczeli ludzie ze środowiska judo. Pawła Nastulę w tamtym czasie pouczało wiele „autorytetów” z telewizyjnych ambon, mówiąc o tym, co należy, a czego pod żadnym pozorem robić mu nie wolno. Otwartym tekstem mówiło się wówczas o krwawych jatkach, o walkach bez zasad czy o sprzeniewierzeniu idei sportów walki.

Mistrz olimpijski i jeden z najlepszych judoków w historii popełnił, jak się wydawało, straszliwą herezję przyjmując ofertę walk w japońskiej organizacji. Odstępcę opluć chciał w zasadzie każdy, bo raz – jak można, to czemu nie; dwa – zawsze to dobrze jest sobie na czyimś nazwisku karierę naprawić. A więc poniewierano Nastulę w mediach niczym psychopatycznego mordercę. Brukowce pisały, że Paweł łamie ręce, nogi i dusi – na śmierć, a jakże! – a koledzy z maty lamentowali, że reputacja całego judo jest zagrożona. Takie to były czasy: ciemnogród poupychany w mediach, a na salach treningowych wielbiciele aerobiku w kimonach. Jedni i drudzy smagali judokę batem, niczym Wielki Król Kserkses I, który kazał wychłostać morze za to, że ów bezmyślny żywioł ośmielił się mu przeciwstawić – a biczujący wodę parobkowie mieli wypowiadać słowa: Gorzka wodo, nasz pan wymierza ci tę karę, boś go skrzywdziła nie doznawszy od niego żadnej krzywdy. Król Kserkses przejdzie cię, czy chcesz, czy nie chcesz – tobie zaś słusznie żaden człowiek nie składa ofiar boś jest zamuloną i słoną rzeką”.

Chłostano zatem „Nastka” bez litości, robiąc sobie drwiny z jego osoby. Nie ma w tym oczywiście niczego dziwnego. Kontrowersja sprzedaje się niezmiennie dobrze, natomiast mistrzom aerobiku w kimonach nie w smak było pokazanie szerszej publice, że to, co wyczyniają u siebie na matach z walką – jako taką – ma niewiele wspólnego. Toteż jedni wtórowali drugim, nakręcając spiralę pogardy, w której centrum był rodzimy olimpijczyk. Tymczasem Paweł Nastula nie zrobił nic, czego mógłby się wstydzić. Cały furiacki atak wielbicieli kata i filozoficznego bełkotu wziął się stąd, iż Nastula – jako jeden z nielicznych – miał odwagę skonfrontować się z przedstawicielami innych sztuk walki na neutralnych zasadach. Miał od-wagę wyjść z hermetycznie zapakowanych sportów walki, gdzie kilka technik na krzyż pełni funkcję całości, i po raz pierwszy w karierze zawalczyć. Tak, zawalczyć. Nie poszarpać się za „szmaty” przez pięć minut, nie pokopać się po kostkach bądź „poboksować” po klatce piersiowej krzycząc na przemian „haaa!” i „saaa!”. Nie, nie o takiej walce mówię. Mówię o walce w pierwotnym tego słowa znaczeniu – bez udziwnień, bez „punktów za wiatr” i innych wynalazków współczesnego sportu. Paweł Nastula dostał ofertę takiej walki, jakże innej od tej, jaką parał się przez całe swoje sportowe życie, i podjął rękawicę. Ku obrzydzeniu całego olimpijskiego środowiska.

Mniejsza jednak o tych mistrzów walki bez walki – jak siebie samych częstokroć określają. Nie jest przypadkiem, że sporty walki w wydaniu olimpijskim są dziś niczym innym, jak sztuką dla sztuki. Cała ich filozofia polega chyba wyłącznie na podpięciu się pod państwowy kurek, bo na tym wszelakie problemy się kończą – niezależnie od tego, czy owo kółko wzajemnej adoracji ma choćby jednego pobocznego widza zainteresowanego zmaganiami, pieniądze się zgadzają. Nastula zrobił coś dokładnie odwrotnego. Zamiast grzać związkowy stołek na emeryturze i prawić banały o ideałach, odnalazł nową drogę, nowy zapał – energię. Bez pytania kogokolwiek o zgodę. Z całą pewnością nie była to droga ani łatwa, ani przyjemna. Sportowym sukcesem również się nie zakończyła, o czym świadczy ujemny w MMA bilans: 5-6. Mimo to Paweł Nastula swoją postawą raz na zawsze przemienił oblicze krajowych sportów walki. Biorąc na siebie cały gniew ówczesnego sportowego środowiska przedstawił polskiemu widzowi sport walki sięgający korzeni.

Występy Nastuli nie były oczywiście katalizatorem, który wzniósł mieszane sztuki walki do obecnego poziomu popularności. Na taki bodziec potrzeba było poczekać jeszcze kilka lat – na KSW i Mariusza Pudzianowskiego. Z całą jednak pewnością o Nastuli można powiedzieć, iż rzucił on kamień, który tocząc się powoli poruszył lawinę. To dzięki PRIDE i mistrzowi judo prężna dziś scena MMA mogła stopniowo nabierać doświadczenia, dzięki czemu w czasach medialnego boomu związanego z Konfrontacją Sztuk Walki ów sukces udało się wykorzystać. Wielu znanych obecnie komentatorów i dziennikarzy zaczynało swoją przygodę z mieszanymi sztukami walki pod wpływem występów „Nastka”. Wielu było także profesjonalnych już wtenczas dziennikarzy, którzy pogląd na wszechstylową walkę wręcz zmienili właśnie po obejrzeniu – niejednokrotnie z zawodowego obowiązku – walk Nastuli.
W ówczesnej Polsce Nastula był, niestety dziwakiem. Człowiekiem, który rozmienia swoją karierę na drobne, szarga swe nazwisko za sto tysięcy zielonych. Tymczasem w Japonii był on wielkim wojownikiem z egzotycznej Polski, który poświęcił się japońskiej sztuce walki, a teraz walczy u nich – w kolebce judo. W tamtych czasach MMA w Kraju Kwitnącej Wiśni było niezwykle popularne, o czym najlepiej świadczy frekwencja na galach – częstokroć wynoszącą kilkadziesiąt tysięcy fanów nowego sportu. Na gali PRIDE Shockwave 2005, na której Paweł zawalczył z Aleksandrem Jemelianenką, zmagania nasze-go olimpijczyka oglądało prawie pięćdziesiąt tysięcy osób zgromadzonych w największej hali Saita-my. Tymczasem nad Wisłą potrzeba było całej dekady, aby sport, jakim są mieszane sztuki walki, zyskał społeczną aprobatę. W 2005 roku pięćdziesiąt tysięcy ludzi w Japonii kulturalnie oglądało walki na zasadach MMA – dziś, w 2015 roku w Polsce, hale zapełniają się przy galach KSW. Śmiało można więc powiedzieć, że Paweł Nastula wyprzedził swoje czasy, a Polska nie była jeszcze gotowa na tę rewolucję w sportach walki, jaką jej w 2005 roku proponowano. Dlatego trzeba mieć szacunek dla tego, co zrobił Paweł Nastula. Był szanowany w kraju, który „wynalazł” judo i dokładnie ten sam kraj szanował go za zdradę tej dyscypliny. Widać wyraźnie na tym przykładzie, jak wielka różnica dzieliła nas i Japończyków, i jak bardzo byliśmy zaściankowi w postrzeganiu ichniego sportu – niemalże świętsi od samego papieża.

Jakub Bijan

Foto: z prywatnego archiwum Pawła Nastuli

FightExpert Magazine nr 1

[W drugim numerze wywiad z Pawłem Nastulą]

Comments are closed.