REEBOK – MONOPOLISTĄ W UFC

REEBOK – MONOPOLISTĄ W UFC

Pod koniec ubiegłego roku największa organizacja mieszanych sztuk walki ogłosiła podpisanie umowy sponsorskiej, która według Lorenzo Fertitty – współwłaściciela spółki Zuffa, do której należy marka UFC – zmieni oblicze wszechstylowej walki wręcz i będzie punktem zwrotnym w rozwoju całej dyscypliny. Mam oczywiście na myśli gigantyczny jak na realia MMA kontrakt, który potentat branży podpisał ze znaną firmą odzieżową, Reebok. Warta 70 milionów dolarów umowa zawarta została na sześć lat, a kojarzona ostatnio głównie z CrossFitem marka przez ten okres będzie wyłącznym sponsorem odzieżowym organizacji i jej zawodników. Czy rzeczywiście ten – mówiąc z angielska – deal zmieni oblicze MMA i co w praktyce przyniesie organizacji i fighter-om? Specjalnie dla czytelników FightExpert Magazine postaram się spenetrować prawdę i ugryźć temat z każdej możliwej strony, bo zagadnienie nie ogranicza się do zunifikowanych strojów i arbitralnych wynagrodzeń sponsorskich dla sportowców.

Mimo iż umowa pomiędzy obiema firmami została podpisana w grudniu 2014 roku, to o możliwych zmianach w tej płaszczyźnie mówiło się już kilka miesięcy wcześniej. W zasadzie mówili o tym sami przedstawiciele organizacji, niejako sondując opinie środowiska, zawodników oraz ich menadżerów – przygotowując grunt pod wprowadzenie kontraktu w życie. Po raz pierwszy temat oficjalnie poruszony został w lutym, kiedy w rozmowie z portalem Bleacher Report prezydent UFC – Dana White, zapowiedział możliwość wprowadzenia ujednoliconych strojów dla wszystkich zawodników. White tłumaczył to trudną sytuacją na rynku, w związku z którą spora grupa zawodników z dolnych miejsc rankingów ma problem ze znalezieniem sponsorów – powoływał się przy tym na Maca Danziga. Widać zatem było już wtedy, że coś jest na rzeczy i choć pobudki kierujące szefem UFC na pierwszy rzut oka mogą wydawać się szlachetne, to po przyjrzeniu się sprawie z bliska można zacząć powątpiewać w autentyczność jego altruizmu. Oczywiście prawdą jest, że zawodnicy debiutujący w organizacji, bądź ci, którzy niezbyt dobrze radzą sobie marketingowo, miewają problemy ze znalezieniem stałych sponsorów i tu White nie mija się z prawdą. Wypowiedzi medialne mają jednak to do siebie, że często ważniejsze jest w nich nie to, co dany rekin biznesu powiedział – a to, czego powiedzieć nie chciał. Z całą pewnością White nie chciał nam powiedzieć, że przywoływane przez niego problemy ze znalezieniem sponsorów, z jakimi borykają się mniej znani sportowcy, zostały wywołane przez samo UFC i to już w 2009 roku! Wtedy bowiem organizacja zaczęła zmieniać zasady sponsoringu, wprowadzając wymóg akceptacji potencjalnego partnera przez organizację. Już w pierwszej fazie owego eksperymentu wykluczonych zostało kilka znanych marek, m.in. Dethrone, One More Round czy Rolling Stone, a także strony internetowe zajmujące się hazardem: Full Tilt Poker, Ultimate Bet oraz Party Poker. Na przestrzeni kolejnych miesięcy organizacja tasowała sponsorską talię, zmieniając zatwierdzony skład sponsorski. Dla zawodników oznaczało to, że konkurencja wśród firm zainteresowanych reklamą marek została ograniczona, a to zawsze niekorzystnie wpływa na oferty, obniżając ich wartość. A ten ruch hegemona branży MMA był zaledwie początkiem.

Za ingerowaniem w skład firm wspierających fighterów UFC wprowadziło opłaty sponsorskie, które były główną przyczyną późniejszych trudności z pozyskaniem dodatkowego wsparcia. Organizacja zaczęła wymagać od każdej firmy zainteresowanej reklamowaniem swoich produktów uiszczenia rocznej opłaty – najpierw w wysokości 50 tys. dolarów, później owa kwota została podwojona, a ostatecznie ów podatek – bo tak ten zabieg zaczął być nieco prześmiewczo nazywany – stał się bardziej płynny, a stawki dostosowywane indywidualnie. I jeśli w tym miejscu powiemy, że pierwszy krok UFC zmniejszył bazę potencjalnych sponsorów, to przy drugim kroku musimy powiedzieć, że zrobił wśród marek finansujących zawodników prawdziwy pogrom. Wiele firm zainteresowanych reklamą w UFC nie było stać – albo im się to po prostu nie kalkulowało – na wydanie 100 tys. dolarów na samą tylko licencję od organizacji, do której musiały przecież jeszcze dojść pieniądze płacone zawodnikom. W wyniku podatku sponsorskiego sportowcy zostali skazani na bogate, acz nieliczne marki – co w połączeniu z gwałtownym rozszerzeniem ilości zakontraktowanych fighterów oraz zwiększeniem liczby wydarzeń promowanych przez organizację postawiło ich w bardzo niekorzystnej sytuacji. Tym bardziej że budżety marketingowe wspomnianych organizacji nie zwiększyły się proporcjonalnie do ilości walczących zawodników oraz gal. Nieliczni inwestorzy mogli zatem od tej pory przebierać w zawodnikach, płacąc im niskie stawki za reklamę. Mając bowiem negocjacyjną przewagę w każdej chwili mogli użyć ostatecznego argumentu – powiedzieć, że jeśli się nie podoba, to na twoje miejsce mamy pięciuset innych, którzy przyjmą naszą ofertę z pocałowaniem ręki. W takiej sytuacji nie ma się co dziwić, że dla najmniej rozpoznawalnych zawodników zwyczajnie nie było pieniędzy. Wprowadzenie ujednoliconych strojów i narzuconych z góry stawek sponsorskich było więc gaszeniem pożaru, wznieconego przez samą organizację kilka lat wcześniej.

Nie mam oczywiście pretensji o te ruchy – wszak jest to prywatny biznes. Zwracam jedynie uwagę, że ta miłosierna retoryka mija się z faktycznymi intencjami UFC. Gdyby bowiem właściciele Zuffy rzeczywiście mieli na celu poprawę losu fighter-ów, powinni zezwolić na reklamę każdej zainteresowanej firmie bez opłat. Mnogość podmiotów chcących zaistnieć podczas gal UFC w szybkim tempie podniosłaby realne stawki sponsorskie, a zawodniczy plankton nie miałby aż tak wielkich trudności ze znalezieniem wsparcia. No, ale o zawodników nigdy tutaj nie chodziło, a już na pewno nie o tych z dolnej półki.

Cała umowa nie ogranicza się jednak do samych gal. Od lipca wszyscy zawodnicy zobligowani są do noszenia oficjalnych strojów Reeboka na wszystkich wydarzeniach promujących galę, na której walczą. Jest to ukrócenie kolejnej, niewielkiej już i tak, możliwości odwdzięczania się dotychczasowym sponsorom. Najlepszym okresem do tego typu działań jest oczywiście tydzień przed walką, wówczas w mediach pojawia się najwięcej informacji. Teraz sportowcy będą zmuszeni pokazywać się w jednolitych uniformach UFC.

Najbardziej palącą kwestią w całej sprawie są naturalnie stawki, mające zawodnikom wynagrodzić te niedogodności. Pierwotnym pomysłem UFC na rozwiązanie tej zagwozdki były pensje sponsorskie zależne od miejsca w rankingu. Tu jednak pojawiło się pytanie, kto ów ranking ma układać i jak sprawić, by był on sprawiedliwy. I co w przypadku, w którym zawodnik byłby nisko na rankingowej drabince, jednak jego wartość medialna byłaby znacznie wyższa? Zdaje się, że tę kwestię całkowicie pominięto – sam pomysł upadł zresztą dość szybko pogrzebany przez falę krytyki ze strony menadżerów. Ostatecznie wynagrodzenia powiązano z ilością stoczonych walk dla UFC – a konkretniej dla organizacji należących do Zuffy (do takowych zalicza się więc m.in. WEC)

Oficjalne stawki prezentują się następująco: $5,000 za walkę dla zawodników mających od zera do pięciu pojedynków w UFC, $8,000-$10,000 dla zawodników mających od pięciu do dziesięciu walk, $12,000-$15,000 dla fighterów ze stoczonymi jedenastoma – piętnastoma walkami oraz $18,000-$20,000 dla sportowców legitymujących się szesnastoma – dwudziestoma walkami pod banderą UFC. Ponadto umowa zawiera klauzule dla mistrzów i pretendentów – oni będą dostawać większe, negocjowane indywidualnie wypłaty. Z pewnością ten system jest bardziej klarowny niż proponowany pierwotnie, lecz i on nie jest doskonały. O ile bowiem największe gwiazdy organizacji z całą pewnością nie będą narzekać na wynagrodzenie od Reeboka – choć czy możemy z całą pewnością stwierdzić, że ich monopolistyczna oferta jest korzystniejsza niż – dla przykładu – umowa, jaką Anderson Silva wynegocjował z Burger Kingiem – tak fighterzy ze środka stawki mogą mocno ucierpieć. Zwłaszcza ci o wyrobionej marce i pozycji medialnej. Brendan Shaub wyznał na przykład publicznie, iż do tej pory w wyniku kontraktów sponsorskich zarabiał dziesięć razy więcej, niż otrzyma od Reeboka. Eric Silva również nie należy do zadowolonych – Brazylijczyk ocenił swoje straty na 12 tys. dolarów miesięcznie. Matt Mitrione na jednym z portali społecznościowych publicznie zaatakował odzieżową firmę twierdząc, iż dorabia się kosztem zawodników. Oburzenie umową wyraził nawet mistrz kategorii piórkowej Jose Aldo, oznajmiając, że umowa z Reebokiem to gówno. Aldo co prawda nie miał na myśli swojego kontraktu, który uznał za dobry, lecz warunki płacowe swoich mniej znanych kolegów.

Widać więc jak na dłoni, iż zapewnienia o tym, że całość pieniędzy z umowy powędruje w ręce zawodników, nie do końca pokrywają się ze stanem faktycznym. Ów zmieniający oblicze MMA deal sprowadza się natomiast do tego, że UFC sprzedało Reebokowi swoich zawodników hurtem… i to w niezłej promocji.

Jak na razie ta „wielka rzecz” wzbudza negatywne emocje i nie ma się czemu specjalnie dziwić. Zaprezentowane na specjalnej konferencji stroje są bezpłciowe – więc wizerunkowo będzie to raczej regres w porównaniu z różnorodnymi i ciekawymi wzorami widywanymi dotychczas w oktagonie. Finansowo umowa premiuje mistrzów i zawodników dopiero wkraczających do organizacji – tak więc spotyka się ze zrozumiałym oporem zawodniczej „klasy średniej”, będącej w UFC grupą najliczniejszą. Taki stan rzeczy może rzeczywiście odmienić oblicze UFC i MMA – nie jestem natomiast przekonany, czy w sposób, jaki wymarzyli sobie właściciele organizacji. Jeśli w najbliższych miesiącach hegemon branży nie podniesie znacząco stawek sponsorskich – o ile ma na to środki, bo plotki mówią, iż umowa z Reebokiem przeznaczona jest na spłatę długu zaciągniętego na zakup PRIDE FC – a nastroje zawodników nie złagodnieją, możemy być światkami niezbyt eleganckich przepychanek w organizacji. Nie jest bowiem wykluczone, iż zawodnicy będą chcieli opuścić UFC i poszukać szczęścia u konkurencji, u której będą mogli swobodnie dobierać sponsorów. Wszak pieniądze za reklamę dla wielu z nich były większe niż apanaże otrzymywane od organizacji. Zuffie w takiej sytuacji nie pozostanie nic innego jak tylko tłumienie buntu poprzez posiadaną przewagę prawną. Czy zatem w najbliższych kilkunastu miesiącach, zamiast potyczek w oktagonie będziemy obserwować potyczki sądowe? I jeśli tak, to kto będzie pierwszym fighterem ukaranym dla przykładu przez organizację?

Jakub Bijan

[FightExpert Magazine nr 1]

Comments are closed.