Czy mamy się z czego cieszyć?

Czy mamy się z czego cieszyć?

Mieszane sztuki walki są w naszym kraju bardzo popularne, a rodzima scena jest jedną z największych i najbardziej dojrzałych w Europie. To rzecz widoczna gołym okiem – wręcz oczywista, a jak mawiali starożytni Rzymianie: manifesta non egent probatione, co przekłada się, że oczywiste nie wymaga dowodu. I faktycznie, dowodzić tego twierdzenia, to jak wykazywać, że woda jest mokra. Naturalnie, nie zamierzam podejmować się tego, nikomu niepotrzebnego zadania, tym bardziej, kiedy nie odchodząc zbytnio od tematu można odszukać zagadnienia znacznie ciekawsze. Takim zagadnieniem jest na przykład rozwój dyscypliny, a zwłaszcza jej perspektywy. Do niedawna bowiem do truizmu z pierwszego zdania niniejszego tekstu jednym tchem dodawano również, że oprócz całej wspaniałości krajowej sceny, wszechstylowa walka wręcz jest najszybciej rozwijającym się sportem nie tylko na świecie, ale i w Polsce – i że prawdziwe prosperity dopiero przed nami. Tymczasem od pewnego czasu ów rozwój i wzrost popularności dyscypliny zauważalnie wyhamował, zasadnym jest więc zastanowić się nad sprawą ponownie i być może zweryfikować dotychczasowe, optymistyczne prognozy.
O ile jednak ów megatrend jest przez komentatorów (również polskich) zauważany, o tyle w przypadku krajowej sceny zdaje się być on już całkowicie ignorowany, jak gdyby sukces polskiego MMA był zapisany w gwiazdach, jakby nic nie mogło już zatrzymać jego wzrostu.
Czy aby na pewno?
Takie przeświadczenie nie wzięło się rzecz jasna, znikąd. Odkąd właściciele Konfrontacji Sztuk Walki wyjęli Mariusza Pudzianowskiego z medialnego worka i dodali go, niczym drożdży do ciasta, do pozostałych składników, KSW zaczęło dojrzewać, a wraz z nim cała branża. W przeciągu kilku zaledwie lat scena MMA po naszej stronie Bałtyku zwiększyła swe rozmiary kilkukrotnie; pojawiły się na niej prawdziwe gwiazdy; poważne media i rozgłos. Doszło nawet do sytuacji, w której oferta krajowych tworów była dla wielu sportowców korzystniejsza niż ta, jakiej mogli się oni spodziewać za gra-nicą – włączając w to UFC. Najlepszym tego przykładem jest długotrwały zanik „emigracji” polskich fighterów po tym, jak Tomasz Drwal oraz Maciej Jewtuszko rozstali się z organizacją braci Fertittów. Rywalizacja pomiędzy KSW i MMA Attack znacząco poprawiła warunki, jakie tubylcze MMA mogło przeciwstawić ofertom organizacji spoza Polski. W zasadzie można użyć skrótu myślowego i stwierdzić, że wszechstylowa walka wręcz wyrosła w naszym kraju całkowicie niezależnie od wydarzeń toczących się po drugiej strony globu. Był rzecz jasna Nastula, który zaznajomił Polaków z tematem na niespotykaną wcześniej skalę, ale przecież sama dyscyplina rozwijała się nad Wisłą na długo przed wydarzeniami z PRIDE. Był oczywiście Drwal, pierwszy krajan pod zarządem Dany White’a – lecz i tutaj trudno doszukać się bezpośredniego wpływu jego osoby na ten gwałtowny wzrost, który nastąpił na przełomie dziesięciolecia. Dopiero Konfrontacja Sztuk Walki z Pudzianowskim, a później rywalizacja duetu – Kawulski i Lewandowski – z Dariuszem Cholewą, rozpędziła medialną machinę na tyle mocno, by przyspieszyć bieg wydarzeń. I to z całą pewnością, działo się niezależnie od całej reszty świata mieszanych sztuk walki. Jest to chyba sednem sprawy i przyczyną optymizmu ogarniającego rodzimą scenę. Skoro sport ten urósł w Polsce niejako w oderwaniu od wydarzeń w światowym MMA, to wydarzenia w światowym MMA nie powinny przekładać się jakoś bardzo na polską branżę. Mamy przecież KSW, mamy Pudzianowskiego, Polsat… co może pójść nie tak. Taki sposób rozumowania – choć nie sposób odmówić mu logiki – zakłada, że musi nastąpić jakiś kataklizm, który spowoduje wykolejenie się tej rozpędzonej machiny. Ów kataklizm może się oczywiście zdarzyć, ale i bez niego rozwój mieszanych sztuk walki może w naszym regionie zatrzymać się… bo spowolnienie już przecież nastąpiło. Wszystko bowiem wskazuje na to, że szczyt oglądalności „nasz sport” ma już za sobą. Sześć milionów telewidzów zainteresowanych pierwszymi walkami Pudzianowskiego, to chyba całość potencjalnej bazy fanów, jaka jest w Polsce dla MMA do zdobycia. Jak na razie ten wynik osiągnęła wyłącznie organizacja Kawulskiego i Lewandowskiego, i nie sugeruję w tym momencie, że KSW to nie MMA… pragnę jedynie zwrócić uwagę na silną markę, bez której o podobnych wynikach inne organizacje nie mogą choćby pomarzyć. Mamy więc KSW, długo, długo nic, a dalej wszelki plankton zasilający branżę u jej podstaw. Nie jest to bynajmniej nic złego, a przynajmniej samo w sobie nie jest. Niepokoi mnie natomiast zastój panujący wśród drobniejszych organizacji. Nawet jeśli któraś z nich utrzyma się na rynku przez dłuższy czas, to nie ma możliwości wyjścia ze swej niszy i przebicia się do szerszej publiczności. Jeszcze żadnej organizacji się to przynajmniej nie udało – ani za pomocą „medialnych walk”, ani przy pomocy telewizji. Z jednej strony mamy więc czapę, która osiągnęła swe maksimum już w początkowej fazie rozwoju, a z drugiej obserwujemy sprawnie funkcjonującą lokalną scenę, która od lat boryka się z tymi samymi problemami – gdy tylko urośnie nieco bardziej, natrafia na ścianę. Przykład Fight Exclusive Night pokazuje, iż nawet ze wsparciem telewizji Polsat zadanie nie jest łatwe… w zasadzie wydaje się ono być na dzień dzisiejszy niewykonalne. Czyżby KSW kilka razy do roku w pełni zaspokajało zapotrzebowanie na duże MMA? A skoro przy KSW jesteśmy, to warszawska organizacja również ma przed sobą niełatwe zadanie. Najwidoczniej otwarta antena Polsatu nie może generować już większej liczby widzów, a co się z tym wiąże – większych profitów, logicznym wyjściem była więc ucieczka w PPV. Włodarze Federacji skupiają się teraz zapewne na pozyskiwaniu jak największej liczby subskrybentów spośród telewidzów oglądających ich gale na otwartej antenie. Trudno ocenić, jak im ta sztuka wychodzi, można jednak podejrzewać, że skokowych przyrostów nie ma, inaczej chętnie by się z nami – swoim zwyczajem – jakimś podwojeniem wyników sprzedaży subskrypcji pochwalili. Nie twierdzę oczywiście, iż KSW zatrzymało się w miejscu – podobnie jak nie twierdzę, iż coś podobnego stało się z rodzimą sceną w ogóle. Wszystko idzie we właściwym kierunku, rozwija się. Kawulski i Lewandowski zorganizują w tym roku jedną galę więcej, ba! Po raz pierwszy przeprowadzą swoje wydarzenie poza granicami naszego kraju, w Londynie. To wszystko świadczy o rozwoju, podobnie jak o rozwoju branży świadczą coraz częstsze i coraz lepsze lokalne gale. Nie jest to już jednak tak gwałtowny wzrost, z jakim mieliśmy do czynienia dotychczas, a londyńska gala może być dla KSW ucieczką do przodu, podobnie jak taką, udaną ucieczką od stagnacji było swego czasu wejście w PPV.

Uważam, że podstawowym problemem mieszanych sztuk walki w naszym kraju jest monopolistyczna wręcz pozycja stacji Zygmunta Solorz-Żaka. Owszem, mamy w Polsce kilkadziesiąt stacji telewizyjnych o różnej wielkości i profilach, jednak prawdziwe zainteresowanie MMA wykazuje jedynie stacja ze słoneczkiem. Inne kanały, rzecz jasna, także emitują gale wszechstylowej wali wręcz, lecz są to telewizje zbyt małe, by w znaczący sposób przyczynić się do napędzania koniunktury. Dlatego twierdzę, że Polsat ma w naszym kraju „monopol na MMA” – żadna inna stacja o podobnym zasięgu nie jest zainteresowana tego rodzaju sportem. Nie można mieć o to, naturalnie pretensji do kogokolwiek, należy jednak zwrócić uwagę na działający tutaj mechanizm. Z jednej strony KSW, największa polska organizacja ma bardzo słabą pozycję negocjacyjną z Polsatem, bo alternatyw i konkurencji dla tej stacji zbytnio nie ma. Są więc niejako skazani na to, co na stół rzuci Marian Kmita. Z drugiej strony są mniejsze organizacje. Mają one problem z wybiciem się, bo żeby wyjść z lokalnych gal i urosnąć do miana ogólno-polskiej organizacji potrzebna jest telewizja – duża telewizja. Tymczasem jest tylko mogący przebierać w ofertach Polsat, którego ramówka jest ograniczona. To wszystko powoduje wspomniany wcześniej zastój, a różnica pomiędzy sytuacją KSW i mniejszych podmiotów polega wyłącznie na skali.

Doszło nawet do absurdalnej sytuacji, w której nasza mistrzyni UFC – Joanna Jędrzejczyk – jest bardziej popularna w USA niż w Polsce. No ale jak może być inaczej, kiedy naszej rodaczki nie ma gdzie promować? UFC transmitowane nad Wisłą jest w mającym 0,07% udziałów w rynku Extreme Sports Channel (Orange Sport miało 0,10%) a gazety nie są najlepszym sposobem masowej promocji, internet również – przynajmniej jeszcze nie teraz. Tu cały czas potrzebna jest telewizja… a tej nie ma. Bo co z tego, że Joanna raz na jakiś czas pojawi się w programie śniadaniowym i opowie o tym, że jej tytuł jest jak mistrzostwo olimpijskie? Niczego to nie zmieni. Telewizja potrzebna jest na żywo, kiedy Polka walczy i zwycięża. Tymczasem wówczas skazani jesteśmy na ESC z marginalnym zasięgiem, bo z Polsatem Amerykanie się nie dogadali. Podobnie sytuacja wygląda z najlepszym polskim zawodnikiem MMA – Marcinem Heldem. Tyszanin odnosi sukcesy w drugiej największej organizacji świata – Bellator – lecz cóż z tego, skoro w Polsce nikt o nim nie słyszał, a jego walki można zobaczyć na płatnym Canal+.
Mamy więc wyraźny zastój i trudno wyobrazić sobie, w jaki sposób może on zostać przezwyciężony. Czy to powód do paniki? Z pewnością nie. Skoro jednak nie potrafimy nawet wypromować swych największych sportowo gwiazd, to czy mamy powody do zadowolenia? Czy mamy się z czego cieszyć?

Jakub Bijan [FightExpert Magazine nr1]

foto: www.kswmma.com

Comments are closed.